środa, 16 lutego 2011

6 maja – piątek
    Radość z faktu, że zaczął się weekend, zburzył telefon babci.
– Cześć. Jesteś sam? – rzuciła krótko, gdy podniosłem słuchawkę.
– Cześć babciu. Nie jestem sam. Tata ogląda wiadomości, a mama jest w ogródku. Kogo zawołać?
– Nikogo. Chcę pogadać z kimś normalnym.
    Otworzyłem szeroko oczy. To zabrzmiało, jak z kimś dorosłym, rozsądnym, odpowiedzialnym, rezolutnym, wspaniałym...
– Straciłam pracę – babcia przerwała moje rozmyślania.
– Słucham? – myślałem, że się przesłyszałem.
– Straciłam pracę – A jednak! – Wylali mnie. Wyobrażasz to sobie?! Po pięciu dniach!
– Ale dlaczego, babciu?
– Powiem ci, dlaczego. Bo chciałam pomóc ludziom.
– Wylali cię za pomoc? – niewiele z tego rozumiałem.
– Starałam się rozmawiać z ludźmi z fabryki, okazać im zainteresowanie i służyć radą.
– Ale co na prawdę się stało?
– Gdy przychodzili zaspani na pierwszą zmianę, mówiłam, że powinni wcześniej chodzić spać, bo nie wyglądają najlepiej. Pytałam, czy jedli śniadanie, co ich gnębi i mówiłam, że chętnie z nimi porozmawiam. Gdy widziałam na przerwie ludzi jedzących kanapki z boczkiem, zwracałam im uwagę, że źle się odżywiają, a palącym papierosy mówiłam o raku płuc. Chciałam pomóc i co? Ktoś na mnie doniósł! – babcia była zdenerwowana.
– Doniósł, że chciałaś pomóc? – dalej niewiele zrozumiałem.
– Nie. Ja chciałam pomóc, a oni powiedzieli, że jestem wścibską babą, która wtrąca się w ich życie, mówi, jak trzeba żyć i straszy najgorszymi chorobami. Dyrektor mnie wezwał i zwolnił.
– Tak po prostu? I co powiedział?
– Że obniżam morale załogi.
– Co obniżasz?
– Morale. To trudne do zdefiniowania, a ja nie mam do tego nastroju – głos babci był zmęczony. – Aha, jeszcze jedno. Tylko nie pomyśl, że chcę obniżyć twoje morale, ale radzę ci, nie próbuj pomagać komuś, kto o to nie prosi, bo źle na tym wyjdziesz. Cześć.
    I odłożyła słuchawkę.
    Nie wziąłem do siebie tego, co powiedziała babcia. Nie należy brać na poważnie słów ludzi, którzy właśnie przekroczyli próg bezrobocia. Gdy babci przejdzie rozczarowanie, na pewno wrócimy do tego tematu.

wtorek, 24 sierpnia 2010

5 maja – czwartek

Gdy pani Litera wchodzi do klasy, natychmiast milkną wszystkie rozmowy, krzyki i śmiechy. Pozostaje tylko delikatny szmer. Ten ledwie słyszalny szmer jest naszym wyrazem szacunku.
Jak to? – zapytacie.
Rozmawialiśmy kiedyś na przyrodzie o znakach natury. Pani od przyrody opowiadała nam, jak rozpoznać pogodę zwracając uwagę na zjawiska. Mówiła nam o chmurach z zachodu i północnego zachodu widocznych w słoneczny dzień i zapowiadających deszcz, o pszczołach wracających do ula, jaskółkach nisko latających i szukających robaczków, które ukrywają się przed słotą i o ciszy przed burzą. I właśnie ta cisza przed burzą była tematem naszych rozmów na przerwie. Bardzo lubimy naszą panią Literę i postanowiliśmy nigdy nie witać jej ciszą, żeby jej nie przestraszyć. Pomyśleliśmy, że na pewno to doceni. Zakładając oczywiście, że będąc jeszcze uczennicą nie opuściła lekcji przyrody o zjawiskach przyrody.
    Stąd właśnie te szmery.
– Dzień dobry dzieci – powiedziała pani Litera. – Zanim przejdziemy do lekcji, chcę z wami o czymś porozmawiać.
    Szmery delikatnie się nasiliły.
– Och, nic się nie stało – nasza pani zawsze umie odczytać z tych naszych szmerów uczucia. To dzięki nam jest specjalistką od szmerów.
– Za trzy tygodnie jest Dzień Matki – ciągnęła dalej. – Pomyślałam, że moglibyśmy przygotować przez ten czas przedstawienie i zaprosić wasze mamy. Na pewno byłoby im przyjemnie. Co wy na to?
– Prawdziwe przedstawienie? – Oli aż zapaliły się iskierki w oczach. Ola jest naszą klasową marzycielką. Pisze wiersze, teksty piosenek, maluje, projektuje ubrania i marzy o tym, aby w przyszłości zostać znaną artystką. Nieważne, w jakiej dziedzinie. O ile wiem, o aktorstwie jeszcze nie myślała.
– Tak. Moglibyśmy wystawić prawdziwą sztukę.
– Może „Trzech muszkieterów”? – zaproponował Krzyś.
– Nic z tego – od razu zareagowała Ola. – Tam nie ma kobiet.
– To może „Sceny z życia smoków”. Są zabawne. No i są tam kobiety – to był Mateusz.
– Kobiety?! – oburzyła się Ola – Nie będę żadną smoczycą z termosem zupy ogórkowej na szyi!
– Mi się podoba „Tytus, Romek i A’Tomek” księga VI – wypalił Tomek.
– Może być, o ile ty będziesz małpą – Ola nie zamierzała być miła.
– Tak naprawdę, kochani – przerwała nasza pani – myślałam o „Kopciuszku”. Mam tu gotowy scenariusz, więc po rozdzieleniu ról od razu moglibyśmy zacząć próby.
– „Kopciuszek”? – skrzywił się Mateusz. – Straszna nuda. Stroje, bale, tańce, pantofelki...
– Żadna nuda – przerwała mu Sławek. – Proszę pani, z przyjemnością zagram królewicza.
    Na chwilę zapadła cisza.
– Czy wszyscy godzą się na królewicza? – zapytała pani.
    Nikt nie zaprzeczył. A jednak boją się Sławka.
    Pani rozejrzała się po klasie i powiedziała:
– Dobrze. Niech tak będzie. A teraz inne role.
    Podział ról był nad wyraz spokojny. O żadną nikt się kłócił i na każdą każdy się godził. Kopciuszkiem została oczywiście Ola. Królewiczem oczywiście Sławek. Mnie przypadła rola narratora. Wszystkie role zostały kolejno przydzielone, tylko Adam powiedział, że nie chce być pospolitym dworem. Powiedział, że jest indywidualistą i ciąży na nim syndrom tłumu. Pani dała mu więc rolę ochmistrza.
    Od jutra zaczynają się próby.

czwartek, 3 czerwca 2010

3 maja – wtorek

Anki znów nie było w szkole.
Żeby się nie rozdrabniać zbytnio, powiem wprost: miłość to trudna sprawa. Myślę, że dlatego od chwili narodzin codziennie rośniemy i w końcu jesteśmy na tyle silni, by udźwignąć ciężar miłości. To trochę niesprawiedliwe, że miłość dopadła Ankę jeszcze w okresie wzrostu.
Swoją drogą Anka jest taka mądra, taka oczytana i wszechwiedząca, a z uczuciem nie radzi sobie najlepiej. I na co jej się zdały te wszystkie przeczytane podręczniki?

Wieczorem Edi zażywał kąpieli. Kiedy tata wrócił z pracy,  Edi zaczął wychodzić z wanny.
– Kochanie, wszedłeś do wanny 10 minut temu. Posiedź jeszcze trochę – powiedziała zdziwiona mama, bo zazwyczaj Edi wychodzi z wanny, gdy woda staje się nieznośnie zimna.
– Wychodzę, bo muszę z wami poważnie porozmawiać – powiedział i nawet ja znieruchomiałem.
Kiedy wyszedł, zasiedliśmy wokół stołu w kuchni i  czekaliśmy cierpliwie na "bum". Edi zarzucił teatralnym gestem poły szlafroka na kolana i powiedział:
– Czy nie sądzicie, że już najwyższy czas, abym dostawał kieszonkowe?
Westchnienie ulgi rodziców bardzo mnie zdziwiło, bo dobrze pamiętam, co było, gdy ja poprosiłem o kieszonkowe. Ale nie chcę o tym pisać.
Po długich pertraktacjach, po ustanowieniu listy praw i obowiązków, a także sytuacji wyjątkowych, rodzice ustalili kieszonkowe wysokości 5 złotych na tydzień, płatne w piątki. Edi delikatnie wtrącił, że wolałby w środy i muszę przyznać, że w tym momencie mi naprawdę zaimponował, gdyż był właśnie wtorek wieczór. Owo 5 złotych otrzymało możliwość podwyżki za szczególne osiągnięcia.  

poniedziałek, 10 maja 2010

Wracając do poniedziałku. Śniadanie było przepyszne. Zostały pieczone kartofelki z wczorajszego obiadu i mama odsmażyła je na jeszcze bardziej rumiano. Palce lizać! Popijając te pyszności kefirem zauważyłem zbliżającego się do furtki Adasia. Za nim biegła Sławek trzęsąc się ze śmiechu. Nie wiem, co może być radosnego w poniedziałkowy ranek! Złapałem tornister, pomachałem Ediemu i Kasi na do widzenia, pocałowałem mamę i tatę w policzek i pobiegłem do przyjaciół.
- Co wam tak wesoło? A gdzie Anka? Nie idzie dziś do szkoły?
- Nie idzie i dlatego nam tak wesoło – powiedział Adaś, a Sławek wybuchła histerycznym śmiechem.
- Wszyscy nie przepadamy za Anką, ale żeby się tak cieszyć, że nie idzie do szkoły? Doprawdy, wcale was nie rozumiem – bąknąłem zdegustowany.
- Anka nie idzie do szkoły przez miłość – wyjaśnił Adaś.
- Możesz jaśniej? – zapytałem nic z tego nie rozumiejąc. Może rzeczywiście miłość jest chorobą, ale nie sądzę, by usprawiedliwienie z takiego powodu było dobrze widziane w szkole.
- Można powiedzieć, że miłość ma wypisaną na twarzy – powiedział Adaś.
- Raczej wymalowaną – dodała Sławek i obydwoje ryknęli śmiechem.
Spojrzałem na nich z politowaniem. Można by przypuszczać, że miłość czyni różne rzeczy nie tylko z osobą zakochaną, ale również z jej otoczeniem.
- Powiecie mi wreszcie, o co chodzi? – byłem już trochę zniecierpliwiony.
Adaś nieco się uspokoił i powiedział:
- Na początek pragnę zaznaczyć, że Ance nie do twarzy z miłością... – po czym obydwoje znów ryknęli śmiechem. Postanowiłem przeczekać. Atak minął.
- Już tłumaczę – zaczął Adaś. – Jak wiesz, Anka robiła sobie maseczki. Różne.
- No tak. Moja wiedza kończy się na czwartej szpinakowej – odparłem.
- Jesteś daleko w tyle. To była sobota przed południem i jeszcze wiele później się działo. W niedzielę było więcej, ale żeby to sprawdzić ile, trzeba zerknąć do notatek Anki. Wiem natomiast, z czego była ostatnia maseczka.
Podczas ostatniego zdania kąciki ust Adasia zaczęły delikatnie drgać i z każdy wypowiedzianym słowem proces ten nasilał się do momentu zakończenia, po którym nastąpił kolejny atak śmiechu głośno wspierany przez Sławka.
- Dowiem się wreszcie, z czego była ta ostatnia maseczka? – zapytałem najspokojniejszym głosem, na jaki mógł się zdobyć człowiek rozsadzany przez ciekawość.
- Oczywiście – powiedział Adaś siląc się na powagę. – Z czarnych jagód – i znów zaczął rechotać, w czym dorównywała Chwilę analizowałem usłyszane słowa i gdy wreszcie dotarł do mnie ich sens, dołączyłem do chóru śmiechu. Biedna Anka. Desperacja pobudza do działania, ale wyniki działań w desperacji prowadzą do desperacji. I kółko się zamyka. Sine usta i zęby po zjedzeniu jagód do wieczora zostaną wylizane, ale coś czuje, że nieobecność Anki w szkole nie będzie jednodniowa.
Ależ zjadłbym jagódki!
- Adaś, skąd Anka wzięła jagody? Są już w lesie?
- Nie mam pojęcia, czy już są. Wiem tylko, że Anka wygrzebała je z mrożonych pierogów. Desperatka.
Adaś wyjął mi to z ust.

Wieczorem zadzwoniła babcia. Znalazła pracę. Jest portierem w fabryce sznurowadeł. „Szaleństwo” to było jedyne słowo taty po odłożeniu słuchawki. Pozostawił to bez komentarza. A szkoda, bo jestem albo za młody, albo za głupi, żeby zrozumieć związek pracy kobiety w wieku babci na stanowisku portiera a szaleństwem. Praca jak praca.

wtorek, 27 kwietnia 2010

2 maja – poniedziałek

Nie powinno być poniedziałków. No dobra, niech będą, ale najwyżej raz w miesiącu. Ile osób wtedy chętnie by szło w każdy wtorek do szkoły i do pracy. Wtorek to już nie pierwszy a kolejny dzień tygodnia i co najważniejsze, przybliżający nas do soboty. Kto to wszystko tak poukładał? Gdyby poniedziałki były raz w miesiącu, można by było zrobić z tego święto. Wszyscy kochaliby poniedziałki. A tak...
Bolą mnie mięśnie policzków. Nie wiedziałbym, że mam tak umięśnione policzki, gdyby nie wczorajszy dzień. Spędziłem go z Adasiem i Sławkiem w większości z przylepionymi nosami do okna pokoju Anki. Anka nieświadoma widowni nakładała swoją zdrową ręką coraz to nowe maseczki, a my tarzaliśmy się ze śmiechu na trawie przed domem. Za każdym razem wyglądała inaczej i choć uważam to za wyjątkowo głupie, to jestem też pełen podziwu dla jej pomysłowości i determinacji. Niektóre maseczki mieszała i nakładała, na inne musiała poświęcić więcej czasu rozmrażając, gotując, krojąc, szatkując, gniotąc, miażdżąc, itp. I to z jedną ręką w gipsie! Ta miłość to naprawdę dziwna rzecz – daje niespożytą siłę. Anka nie ustawała w przygotowaniach kolejnych mazideł, więc gdy nasz radosny śmiech zaczynał się robić wymuszony i jakiś taki znudzony, postanowiliśmy zrezygnować i poszwędać się po mieście.
Oprócz wiedzy o mięśniach policzków, wczorajszy dzień przyniósł jeszcze postanowienie: za wszelką cenę muszę znaleźć sobie piękną żonę. A jeśli okaże się to niemożliwe (choć nie mam pojęcia, dlaczego), będę mojej brzydkiej żonie łgał w żywe oczy, że nigdy nie widziałem kobiety piękniejszej od niej. Nie chcę oglądać jej ze szpinakiem na twarzy. Za dużo czasu zajęło mojej mamie przekonanie mnie, że jest nie tylko zdrowy, ale i pyszny.

sobota, 17 kwietnia 2010

- Cześć Adaś. Idziemy?
- Cześć. Idziemy.
- Słuchaj... a może byśmy uciekli Ance, bo znowu będzie nas zanudzać opowieściami o zwyczajach ryb słodkowodnych albo o wpływie faz księżyca na wędrówki jesiotra?
- Nie musimy. I tak nie pójdzie – powiedział Adaś i machnął ręką.
- Nie? Jest chora?
- Coś w tym stylu.
- Czyli jest chora, czy nie?
- I jest, i nie jest. Mówi, że jej stan jest chorobowy, choć potocznie o tym mówią miłość.
- Anka się zakochała?! – nie mogłem uwierzyć.
- Tak twierdzi.
- No ale chyba nie z wzajemnością?
- O, to na pewno! Jakby się zakochała ze wzajemnością, nie wyczyniałaby tych wszystkich rzeczy.
- Jakich rzeczy? – niewiele z tego zrozumiałem.
- Chodź i sam zobacz – powiedział Adaś i zaciągnął mnie pod okno jej pokoju nakazując palcem przy ustach ciszę.
Wysunęliśmy powolutku w górę głowy, zajrzeliśmy i o mały włos nie krzyknąłem z przerażenia. W Anki pokoju na Anki fotelu w Anki dresie z Anki książką w dłoniach siedziało zielone monstrum! I to jakie sprytne! Niezbyt uważny obserwator mógł się na to nabrać, bo to COŚ postarało się o wszystkie szczegóły, by upodobnić się do Anki. Ale nie ja!
- Kto to jest? – wyszeptałem strwożony.
- Nie wygłupiaj się! Jak to kto? Anka!
- Anka?
- A myślałeś, że kto?
- To rzeczywiście stan chorobowy. Biedna Anka – sam się zdziwiłem, że mi akurat jej żal. Jednocześnie postanowiłem, że nigdy się nie zakocham.
- To maseczka. Anka zapragnęła być piękna.
- No to nie za bardzo jej wychodzi.
- Też tak myślę, ale ona twierdzi inaczej. Mówi, że będzie dużo piękniejsza jeszcze dziś wieczorem. A skoro chce być piękniejsza, to pewnie ten mężczyzna sobie tego zażądał.
- Zażądał? To tak można?
- Na to wygląda. Anka za żadne skarby by się na coś takiego nie zgodziła, gdyby była przy rozumie. Ale skoro choruje na miłość...
- Długo będzie to nosić? – jednak się o nią martwiłem.
- Maseczkę? To czwarta. Pierwsza była z twarożku, druga z białek, trzecia z drożdży, a ta ze szpinaku. Nie wiem, ile ona tego jeszcze planuje, ale na pewno nie mamy po co na nią czekać.
Spojrzałem jeszcze raz na zieloną siostrę mojego najlepszego przyjaciela i poszliśmy nad staw, po drodze wstępując po Sławka. Dobrze chociaż, że Sławek jest normalną dziewczyną.
Nad stawem nie było nikogo i szybko nam się znudziło spacerowanie. W podjęciu decyzji o powrocie do domu pomógł nam nagły deszcz. Nie spieszyliśmy się – lubimy moknąć.
Poszliśmy do mnie. W domu zastaliśmy panią Zosię. Znowu przyniosła zdjęcia swoich potraw. Wystarczyło, że zobaczyłem jedno i od razu poczułem głód. Dziś na obiad były naleśniki ze szpinakiem... Od razu rozbolał mnie brzuch. Wyobraziłem sobie, jak Anka zeskrobuje szpinak z twarzy i rozsmarowuje go na świeżo usmażonym naleśniku. Kiedyś zrobiła nam wykład na temat upiększania od wewnątrz, więc to wyobrażenie było nadzwyczaj prawdopodobne. Może do kolacji o tym zapomnę.

czwartek, 8 kwietnia 2010

30 kwietnia - sobota

Zaraz po śniadaniu pobiegłem do Adasia. Wczoraj umówiliśmy się, że pójdziemy nad nasz stawik. Staw w naszej miejscowości jest malutki i płytki, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Tej wiedzy uświadczyli jedynie ci, którzy zdecydowali się popływać lub do niego wpadli. Kolor i konsystencja wody sprawia, że wrażenie głębokości jest mylne, bo tak naprawdę sięga - jeśli o mnie chodzi - troszkę powyżej pasa. Dziewczyny, które o tym nie wiedzą, wpadają w zachwyt widząc, jak my - chłopcy - pływamy w odmętach (dosłownie!) głębokiej wody. Fajnie jest robić wrażenie na kobietach, ale trochę mniej fajnie jest stąpać po mulistym dnie z uśmiechem. Ale czego się nie robi w imię powszechnej odwagi.   
Dziś nie mieliśmy zamiaru się kąpać, bo jest dopiero koniec kwietnia i pogoda wcale do tego nie zachęca. Wzdychające dziewczęta będą musiały jeszcze trochę poczekać. Adaś już czekał na mnie na schodach.
Muszę napisać o tych schodach! To najpiękniejsze schody w naszym miasteczku. I mają swoją historię.
Babcia Adasia była zakochana w swoim ogrodzie. A było w czym! Znajdowały się w nim wszystkie możliwe owoce. Co rano wychodziła przed przed dom, ogarniała dumnym wzrokiem ogród, a potem chodziła między roślinkami uśmiechając się do nich z czułością i coś do nich szeptała. Nikt nie wie co, ale miało się wrażenie, że po jej wizycie wdzięczne krzaczki przeciągają się, rozciągają, a owoce rumienią. 
Babcia robiła z nich przepyszne przetwory, a przede wszystkim soki. Mama Adasia ma czworo rodzeństwa, które porozjeżdżało się po całej Polsce. Przyjeżdżali na każde Święta Bożego Narodzenia i wtedy babcia zapakowywała im całe bagażniki najróżniejszymi słoikami, słoiczkami, butelkami i buteleczkami. By to było możliwe, musiała narobić tych przetworów całe mnóstwo. Kiedy przestały się mieścić w ich małej spiżarce, dziadek Adasia wybudował dużą szopę na tyłach domu. Długo im służyła. Aż w pewną październikową noc rozpętała się szalona burza. Pamięta ją wiele mieszkańców, bo narobiła wiele szkód. Ja miałem wtedy roczek, więc siłą rzeczy data zapamiętana przez sąsiadów i odnotowana w kronice miasteczka znaczy dla mnie tyle, co wiadomości przekazywane nam na lekcjach historii. 
W każdym bądź razie piorun uderzył w szopę dziadków Adasia.
Kiedy rano babcia wyszła do ogrodu, by sprawdzić jak mają się jej owoce, jej oczom ukazał się widok katakliczny. Zamiast szopy leżała sterta połamanych desek. Dziadek odrzucał deska po desce szukając choćby jednego całego słoika. Bezskutecznie. Widząc to, babcia wycofała się smutna do domu i nie wyszła tego dnia nawet do swoich owoców.
W nocy dziadek nie mógł spać. Męczyło go to, że babci jest tak bardzo przykro. Włożyła dużo pracy i serca w te przetwory i na pewno nie tylko to ją martwiło, ale też fakt, że w te Święta Bożego Narodzenia nie będzie miała co włożyć do bagażników dzieci. Postanowił, że musi coś zrobić, by z samego rana poczuła się lepiej. Upewnił się, że babcia miarowo oddycha, wyszedł cichutko z pokoju i skierował się do garażu. Wziął dwa worki cementu, wyniósł je na podwórko, jak najciszej rozrobił łopatą, a gdy już był gotowy, zaczął powolutku dodawać do niego drobne kawałeczki potłuczonego kolorowego szkła...
Rano babcia obudziła się sama. Trochę ją to zaniepokoiło, że nie ma przy niej dziadka, ale usłyszała hałasy dochodzące z kuchni. Na stole leżały świeże bułeczki, stały jajka na miękko i gorąca kawa z mlekiem. Uśmiechnęła się, bo dziadek nieczęsto ją zaskakiwał. Zjedli śniadanie prowadząc miłą pogawędkę, w końcu babcia powiedziała, że jest jej bardzo miło, ale czas brać się za uprzątnięcie szkła.
- Spójrz tylko, jak to wygląda - powiedziała i podeszła do okna.
Nagle odwróciła się zdumiona.
- Gdzie jest szkło? - zapytała.
- Przeniosłem je w inne miejsce - powiedział dziadek. Chcesz zobaczyć?
I poprowadził babcię do drzwi. Gdy je otworzył, babcia zaniemówiła z otwartą buzią. U jej stóp wysychały nowe schody mieniące się wszystkimi kolorami tęczy i odbijające najmniejszy promyk słońca. Adaś mówi, że jej zachwyt był tak ogromny, że jabłka i gruszki zaczęły więdnąć z zazdrości. Ale chyba przesadził - owoce zazdrosne o schody?
Historię tę wielokrotnie opowiadała nam mama Adasia na nasze wyraźne prośby i teraz też chętnie usłyszałbym ją znów, ale przecież mieliśmy z Adasiem inne plany.

piątek, 19 marca 2010

28 kwietnia - czwartek

Znalazła. Choć nie do końca. Przyjechała do nas po południu przywożąc ogromne pudło czekoladek. Wyglądała jakoś starzej.
- Mamo, czy ty się dobrze czujesz? - zapytał tata.
- Fizycznie tak, ale mam problem. Muszę schudnąć, bo nigdy nie zrobię żadnego szaleństwa.
- Ależ nie! - zaoponował tata. - Wyglądasz świetnie. Naprawdę. Dieta to niełatwa sprawa. Może lepiej zrezygnować z tego szaleństwa - spróbował delikatnie.
- Nawet o tym nie myśl! - krzyknęła babcia. - Dwie porażki to jeszcze nie powód do poddania się.
- Jakie dwie porażki?
- No… - babcia spojrzała na mnie niepewnie, ale szybko dałem jej znak ruchem głowy, że nie zdradziłem naszej tajemnicy. - Nic wielkiego. Jestem zdenerwowana, bo chciałam się dziś zapisać do stadniny.
- Mamo, konie w twoim wieku?!
- Hej, młody mężczyzno! Chyba mnie obrażasz! Wybaczam i wierz mi, wiek nie ma tu nic do rzeczy.
- Rzeczywiście, przepraszam - tata wyglądał na skruszonego. - Ale jeśli nie wiek, to o co chodzi?
- Właściciel stadniny był bardzo miły, grzecznie odpowiadał na moje pytania, uśmiechał się, prawił komplementy, nawet zaproponował zniżkę. To wszystko do czasu, gdy odpowiedziałam na jego pytanie, kogo chcę zapisać na jazdy. Kiedy powiedziałam, że siebie, dostał ataku śmiechu. Gdy się w końcu uspokoił na tyle, by móc z siebie wycisnąć jakieś słowo, powiedział, żebym cierpliwie czekała, bo inżynieria genetyczna gna do przodu i z pewnością lada moment zmutują takiego konia, którego współpraca ze mną nie przytłoczy.
Babcia szlochała, a z pudełka znikały czekoladki. Jedna po drugiej. Nie chcę być niemiły, ale chyba z odchudzania nici.

niedziela, 14 marca 2010

27 kwietnia - środa

Dzwonię do babci.
- Babciu…
- Nie pytaj. Nie skoczyłam.
- Nie zgodził się na inny kombinezon?
- Ależ zgodził się. Dopięłam swego.
- Więc co się stało?
- Gdy już miałam na sobie ten śliczny granatowy kombinezon… Ach! Gdybyś mnie wtedy widział! - babcia była rozmarzona. - No, więc gdy miałam na sobie ten śliczny kombinezon, poszliśmy do magazynu po spadochron i… i… - babcia zaczęła szlochać.
- I co, babciu?
- I okazało się, że jedyny wolny spadochron jest żółto-różowy.
Zapadła cisza po drugiej stronie słuchawki.
- Nie mogłam tego zrobić. Nie w tych barwach.
Biedna babcia. Zgubiło ją wyczucie kolorów.
- Ale nie martw się - słyszałem, jak babcia ociera łzy. - Znajdę sobie coś innego do zrobienia.

środa, 3 marca 2010

26 kwietnia - wtorek

W szkole byłem bardzo podekscytowany. Nie co dzień babcie realizują szaleństwa! Nie mogłem doczekać się wieczoru, by móc do babci zadzwonić oraz tego, że wreszcie będę mógł zdradzić rodzicom nasz - babci i mój - sekret. Ciąży mi, nie ma co kryć.
Gdy wszedłem do domu, zastałem panią Zosię. Pani Zosia to nasza sąsiadka. Marzy o tym, by obok mamy prowadzić kącik kulinarny. Wpada do nas czasem przynosząc zdjęcia potraw, które sama zrobiła. Muszę przyznać, że zawsze wyglądają smakowicie. Bardziej smakowicie, niż te przyrządzone przez mamę. Mięsa są soczyste, ciasta pulchne i z dużą ilością rodzynek, sosy mają barwę nie do opisania, a owoce pochodzą chyba z raju. Lubię panią Zosię, bo jest zawsze uśmiechnięta, ale mama po jej wyjściu siada w kuchni przy stole, podpiera głowę dłońmi i długo siedzi zamyślona. Przytulam się wtedy do niej i pytam, czy zostało coś z obiadu, bo było taaakie pyszne! Uwielbiam, gdy mama się uśmiecha.
Nadszedł wieczór i wreszcie mogłem zadzwonić do babci.
- No, opowiadaj! - zachęciłem radośnie.
- O czym? - zapytała babcia.
- Jak to: o czym? O skoku!
- Nie ma o czym opowiadać. Nie było żadnego skoku.
- Nie było? Odwołali?
- Nie, nie odwołali. Powiedziałam, że nie skoczę. I nie skoczyłam.
- Ale dlaczego, babciu? Tak bardzo tego chciałaś.
- Tak, chciałam, ale nie w pomarańczowym skafandrze! - wybuchła babcia. - Ten idiota instruktor kazał mi założyć pomarańczowy kombinezon, wyobrażasz to sobie?! - babcia była naprawdę zdenerwowana. - A ja dobrze wiem, jak wyglądam w pomarańczowym kolorze.
- Jak?
- Jak wyblakły budyń truskawkowy. Nie dam się tak poniżyć! Jutro tam pójdę i zażądam innego kombinezonu. Do usłyszenia jutro, kochanie. - I babcia się rozłączyła.
Świetnie ją rozumiem. Robisz coś pierwszy raz w życiu, coś wymarzonego, coś wielkiego, a tu zjawia się ktoś z przyklejonym uśmiechem i chce z ciebie zrobić budyń truskawkowy. Wyblakły. Bezczelność!

środa, 24 lutego 2010

25 kwietnia - poniedziałek

Całą niedzielę przesiedzieliśmy ze Sławkiem u Adasia starając się go pocieszyć. W poniedziałek wyszedłem wcześniej z domu, by być u niego pierwszy. Wziąłem jego tornister i poszliśmy do szkoły wstępując po drodze po Sławka. Sławek chciała ponieść tornister Ance, ale ona ostentacyjnie zarzuciła tornister na prawe ramię i krótko ucięła:
- Ja się nad sobą nie użalam i tego oczekuję od społeczeństwa.
Po drodze ustalaliśmy swoją wersję wydarzeń z piątku, które pozwoliłyby Adasiowi i Ance zachować twarz w szkole, ale okazało się to zbędne. Wszyscy wiedzieli, co się wydarzyło, bo całe zajście zostało opisane w porannym wydaniu gazety. Artykuł był bardzo rozległy, w formie wywiadu z mamą Adasia i bardzo widoczny był w nim wpływ relanium. Marzenie Adasia o znalezieniu się na pierwszych stronach gazet spełniło się, ale nie był zadowolony. Delikatnie mówiąc. Trudno zrozumieć artystów.
Wieczorem zadzwoniłem do babci. Ma za sobą trzy dni kursu i jest bardzo zadowolona. Denerwuje ją tylko instruktor. Mówi, że on ma wiecznie ironiczny wyraz twarzy. W środę czeka ją pierwszy skok - na razie z instruktorem. Babcia ma nadzieję, że podczas lotu odklei mu się ten głupi uśmiech. Na wszelki wypadek nie powiedziałem jej, że latanie nie jest takie proste. Wystarczy, że ja się martwię.

sobota, 20 lutego 2010

23 kwietnia - sobota

Dziś jest sobota, więc zaraz po śniadaniu pobiegłem do Adasia i Ani, by zobaczyć jak tam dwie lewe ręce. Po drodze wstąpiłem po Sławka. Zapukaliśmy niepewnie. Otworzyła nam uśmiechnięta mama naszych przyjaciół.
- Dobrze, że jesteście - powiedziała. - Może pocieszycie tą dwójkę połamanych smutasów. Batmana i Pottera.
- Połamanych?! - krzyknęliśmy równocześnie ze Sławkiem.
- Obydwie lewe ręce. Siedzą naburmuszeni od rana, jakby to nie ręce, a skrzydła połamali.
Popatrzyłem na mamę Adasia zdziwiony faktem, że jest tak radosna, podczas gdy jej dzieci cierpią. Zadziwienie ulotniło się w momencie, gdy wychodziliśmy z kuchni. Na kuchennej szafce tuż przy drzwiach stała  niepełna butelka relanium. W naszej kuchni też przez tydzień stała w zasięgu ręki mamy wtedy, gdy tata rozpoczął przekonywanie mieszkańców miasteczka do ubezpieczeń w razie trzęsienia ziemi. Mama też tak się wtedy uśmiechała.
Weszliśmy do pokoju. Na jednym fotelu siedział Adaś, na drugim Anka z książką. Obydwoje z zagipsowanymi rękami i obydwoje naburmuszeni. Żałosny obrazek. Usiadłem obok Adasia.
- Boli? - zapytałem.
- Nie.
- Nie przejmuj się, to tylko ręka. Niedługo zdejmą ci gips i wszystko będzie jak dawniej. Mogło być gorzej.
- Ale też mogło być lepiej - burknął.
- Wiem, mogłeś nie złamać ręki.
- Nie o to chodzi. Mogłem złamać prawą. Byłby z tego jakiś pożytek w szkole. Albo nogę, wtedy w ogóle mógłbym na jakiś czas o szkole zapomnieć. A tak co?! - Adaś nie był w dobrym nastroju.
- Widzisz, Aniu? - zaczęła Sławek - Chyba jednak latanie nie jest takie proste.
Ania przerwała na chwilę czytanie podręcznika anatomii i powiedziała:
- Dobrze, może i złamałam rękę, ale z twarzą.
- Z jaką twarzą? - wybuchnął Adaś.
- Ty z tą twoją peleryną po prostu spadłeś, a ja kawałek leciałam. Najważniejsza jest strategia. Czytałam o tym. Grunt to dobrze się wybić.
- Przyszłość jest w skrzydłach Batmana- obruszył się Adaś.- Miotły są przestarzałe. Poza tym to jest takie babskie.
- Nie babskie, tylko kobiece. Od razu widać, kto nie czytał „Harrego Pottera” - powiedziała z nazbyt uniesioną głową i w takiej samej pozycji wyszła z pokoju.
Więc jednak "Harry Potter"! Lubię mieć rację.

czwartek, 18 lutego 2010

- Macie rację, będę szczęśliwa.
Czy Anka mogłaby chociaż raz stąpać głośniej?!
- Będę szczęśliwa, bo zaraz uniosę się w powietrze - była bardzo pewna siebie, była triumfująca. - A wy, co tak siedzicie? Coś się stało?
- Ależ skąd - Adaś zorientował się, że Anka nie widziała ostatniego skoku. - Rozważamy sobie.
- O czym?
- O tym, czy damy radę sławie, która na nas spadnie chwilę po wzniesieniu się w powietrze. Zastanawiamy się, czy jesteśmy na to gotowi.
- Ja jestem - Anka nie zostawiała wątpliwości, bo mówiła to stojąc już na dachu. Dopiero teraz zauważyliśmy, że ma ze sobą miotłę. - A teraz patrzcie!
Przysiadła na miotle, uniosła do góry głowę, stała przez chwilę w bezruchu głęboko wciągając powietrze i… znalazła się tuż obok nas. Znów nie zauważyłem momentu skoku! Anka siedziała trzymając się za lewą rękę i krzywiąc się z bólu.
Jedno jest pewne: nie poradnik o lataniu czytała. Zdecydowanie był to „Harry Potter”.
W milczeniu wstaliśmy i ruszyliśmy w stronę domu. Gdy dochodziliśmy do ogródka Ani i Adasia, Anka spojrzała na mnie i na Sławka i powiedziała:
- Lepiej idźcie do domu.
Otworzyli furtkę i poszli w stronę domu. Staliśmy ze Sławkiem patrząc smutno jak dwie postaci powoli suną w jednakowych pozach, przyciskających prawymi rękami lewe, aż zniknęli za drzwiami.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Adaś wymyślił, że skoki odbywać się będą z dachu śmietnika, który stoi za ostatnim domem w naszym miasteczku. To chyba dobry pomysł, bo próby nie powinny być przeprowadzane z udziałem publiczności, a kiedy nam się uda, społeczeństwo na pewno się o tym dowie. Wstąpiliśmy po Sławka i w drodze na miejsce przeznaczenia wtajemniczyliśmy ją w nasz plan. Sławek była zachwycona i też chciała skakać, ale nie jako pierwsza. Oczywiście nie z jakiejś głupiej przezorności czy niewiary - jak powiedziała, tylko nie chciała odbierać laurów Adamowi. Ona poczeka na swoją kolej. Pomyślałem, że jako trzeci też mogę spróbować skoczyć.
Gdy byliśmy na miejscu, Adaś wyjął swój strój Batmana, coś tam do niego poszeptał (artyści bywają czasem dziwni), założył go i wszedł na śmietnik. Obrazek był niezwykły! Szary obskubany budynek śmietnika, a na nim wspaniała postać. Głowę uniósł do góry, ręce włożył do kieszeni jeansów, poły płaszcza unosił wiatr wprawiając je w lekkie powolne falowanie. Mógłbym tak patrzeć bez końca. Sławek też. Ale to właśnie Sławek przerwała:
- Dość tych efektów, bo szczęka mi ścierpła od opadnięcia. Adam, nadszedł twój czas.
Adam wyjął ręce z kieszeni, spojrzał przed siebie, zmrużył oczy i… znalazł się na dole. Wszystko działo się tak szybko, że nie zauważyłem momentu skoku. A już na pewno lotu.
- Ten płaszcz długo leżał w szafie. Musi się rozkręcić - powiedział Adaś i ponownie wdrapał się na śmietnik. Kolejny skok też był szybki.
- Chyba zjadłem za duży obiad - stwierdził i chwilę potem znów był na dachu.
Bęc!
- Te jeansy krępują mi ruchy.
Dach. Bęc!
- Może rozłóż ręce - podsunęła Sławek.
Dach. Rozłożone ręce. Bęc!
- Spróbuj wziąć rozbieg - postanowiłem się włączyć w rozwiązania.
Dach. Rozłożone ręce. Rozbieg. Bęc!
Adaś jęknął. Siedział na trawie trzymając się za lewą rękę, a łzy ciekły mu ciurkiem.
- Chyba złamałem rękę - wybełkotał.
- Mama cię zabije! - Sławek była przerażona.
- E tam mama! - obruszył się Adaś. - Mama mnie przytuli, pocieszy. Ale Anka! Ona będzie szczęśliwa. Tego nie zniosę!

niedziela, 14 lutego 2010

- Słuchaj, jeszcze okaże się, że ona naprawdę to potrafi - Adam wiedział, co mówi. - Ale my będziemy pierwsi!
- My?
- Jasne, że my! I to bez czytania! Chodź!
Chwilę potem znaleźliśmy się w pokoju Adasia. Adaś otworzył szafę i zaczął coś gorączkowo szukać.
- Co tam szukasz? - zapytałem, ale Adaś był tak zaabsorbowany, że mnie nie słyszał. Niedługo potem z dna szafy wydobyło się odkrywcze: „Mam!”
Adaś wygramolił się z trudem, w dłoni trzymał jakiś duży kawał czarnego materiału, a na twarzy zobaczyłem dobrze mi znany wyraz triumfu. Nieraz się przekonałem, że ten wyraz twarzy niczego dobrego nie wróży, ale postanowiłem być optymistą na rzecz utarcia nosa Ance.
- Co to jest?
- To mój strój Batmana z balu karnawałowego. Na balu się sprawdził to i teraz mnie nie zawiedzie - pewność Adasia jakoś mi się nie udzielała.
- W czym cię nie zawiedzie?
- W lataniu.
- W lataniu?!
- A o czym rozmawiamy od pół godziny? Udowodnimy Ance, że nie trzeba być oczytanym, by wzbić się w powietrze. A twojej babci dodamy odwagi. I może trafimy na pierwsze strony gazet - rozmarzył się Adaś.
Tata mi kiedyś tłumaczył, na czym polega sceptycyzm i jeśli dobrze zrozumiałem, to jestem przekonany, że właśnie wtedy, w tamtej chwili, w tamtym przypadku, w tamtej konkretnej sprawie byłem sceptykiem. Ale też byłem dobrym przyjacielem, a przyjaźń wymaga czasem odkładania na bok własnych przekonań.

środa, 10 lutego 2010

Babcia prosiła, żebym nie mówił rodzicom, więc chyba Adasiowi i Sławkowi mogę powiedzieć? Pobiegłem do nich od razu. Chyba jednak zrobiłem błąd i słono zapłaciłem za zdradę tajemnicy. No, może nie do końca ja, tylko… Ale po kolei.
Adaś jadł obiad, musiałem więc chwilkę zaczekać. Kiedy jego mama wyszła z kuchni, powiedziałem konspiracyjnym tonem:
- Babcia zapisała się na kurs spadochronowy.
- Żartujesz! - Adaś nie od razu mi uwierzył.
- Serio. W ramach szaleństwa.
- Myślisz, że to wpływ mojej sztuki?
- Nie sądzę. Raczej książki Anki.
- A może to ma coś wspólnego z procą od Sławka i gołębiami?
Zastanowiłem się chwilę. Chyba wszystko po trochu. W każdym bądź razie ja jestem czysty - mój zeszyt był całkiem normalny.
-  Nieważne - powiedziałem. - Myślisz, że babci się uda?
- Polecieć? Jasne. To nie jest takie trudne.
- Co nie jest trudne? - Anka wyrosła jak spod ziemi. I tak wyglądała. To czytanie po nocach nie najlepiej wpływa na wygląd jej oczu. Zamiast w zadrukowane kartki mogłaby czasem spojrzeć w lustro. Zatrzymałem jednak te uwagę dla siebie, bo nie miałem ochoty na wykład o marnotrawieniu czasu, który można poświecić na rozwój i który słyszałem już pięć razy.
- Rozmawiamy o lataniu.
- Och!- uradowała się Anka. - Unoszeniem się w powietrzu ludzie fascynowali się już tysiące lat temu. Jednak pierwszy statek powietrzny o własnym napędzie silnikowym, latający dzięki siłom aerodynamicznym wytwarzającym się na skrzydłach w czasie szybkiego ruchu względem powietrza, zwany później samolotem powstał dopiero w…
- Nie chodzi nam o samolot - przerwał jej Adaś. Ależ on odważny! - Chodzi nam o zwykły skok ze spadochronem.
- Chodzi wam o urządzenie zbudowane z czaszy oraz zespołu linek i szelek, służące do spowalniania spadania ludzi lub przedmiotów i zapewniające bezpieczeństwo przy skokach, zrzutach lub lądowaniu?
- Nie! Chodzi nam o spadochron. Spa-do-chron.
- Przecież mówię. To co z tym spadochronem?
- Nie chodzi o spadochron, tylko o to, czy możliwe jest latanie.
- Ależ oczywiście! Latanie to tylko zdolność odrywania się od ziemi, wzbijania w powietrze, utrzymywania, poruszania się, przemieszczania się w powietrzu…
- Tylko?! Może jeszcze powiesz, że umiałabyś oderwać się od ziemi, wzbić w powietrze i całą resztę?!- krzyknął Adaś.
- Pewnie - odparła pewnie Anka. - Muszę tylko o tym poczytać. 
Wstała i skierowała się w kierunku drzwi.
- A ty gdzie idziesz?
- Poczytać - powiedziała i wyszła, a my patrzyliśmy w osłupieniu.

poniedziałek, 8 lutego 2010

22 kwietnia - piątek

W szkole nie mogłem się skupić. Wciąż widziałem babcię realizującą różne szalone pomysły. Nie będę opisywał moich wizji, bo nie chcę zapeszyć. Poza tym Anka czytała ostatnio (o czym nie omieszkała nam zakomunikować) o telepatii, a znając moją babcię, byłaby dobrym medium. Musiałem więc segregować myśli, a już z pewnością ich nie wypowiadać.
Zaraz po ostatnim dzwonku pobiegłem do domu i od razu chwyciłem za słuchawkę.
- Cześć, babciu.
- Dzień dobry Kajtusiu - babcia była radosna, co mnie nieco zaniepokoiło. - Czy coś się stało?
- Ależ skąd, babciu. Dzwonię tylko, by zapytać, co u ciebie. A dokładniej… no, wiesz… jak tam twoje szaleństwo?
- Szaleństwo! - babcia roześmiała się radośnie. - A tak, podjęłam już pewne kroki.
- Jakie kroki?
- Zapisałam się na kurs spadochronowy.
- Ależ babciu!
- Co?
- Ty?!
- A czemu nie? Najwyższy czas pokonać lęki.
- To ty masz lęki?
- No… tak. Lęk wysokości.
A jednak! Wiedziałem!
- Chyba… - dodała szybko. - Właściwie to jestem przekonana, że nie mam, prawie nie mam…- babcia najwyraźniej była zagubiona. - Ale gdybym przypadkiem miała, będzie szansa, bym go pokonała.
- Babciu…
- Nie rozmawiajmy o tym - przerwała mi babcia. - Jutro zaczynam zajęcia. Mam tylko do ciebie małą prośbę: nie mów na razie o tym rodzicom, dobrze? Wiesz, dawno nie robiłam żadnych szaleństw i nie wiem, czy mi to wyjdzie. Nie chcę, żeby się ze mnie śmiali. To będzie taka nasza mała tajemnica. Zgoda?
- Jasne, babciu! Buzia na kłódkę! To na razie. Pa.
Odłożyłem słuchawkę szczęśliwy. Uwielbiam tajemnice, a tajemnica na spółkę z babcią jest na wagę złota!

niedziela, 7 lutego 2010

Kiedy Adaś i Sławek poszli już do domu, babcia wstała, odchrząknęła i powiedziała:
- Kochani, dziękuję za wspaniałe przyjęcie, za miłe towarzystwo, za piękne prezenty. A przede wszystkim dziękuję za to, że jesteście, że zawsze mnie wspieraliście, wspieracie i wspierać będziecie, także wtedy, gdy uda mi się zrealizować moje postanowienie.
- Postanowienie?… - niepewnie zapytał tata. - Jakie postanowienie?
- Postanowiłam sobie, że zrobię jakieś szaleństwo - odpowiedziała spokojnie i z uśmiechem babcia.
- Boże! Jakie szaleństwo?! - Tata powoli zaczął przybierać kolory swojego sweterka.
- Och! Jeszcze nie wiem. Chcę po prostu coś zrobić w życiu. Chcę, żeby jeszcze o mnie usłyszał świat, a przynajmniej jego cząstka. Gdy coś mi przyjdzie do głowy, będziecie o tym wiedzieć pierwsi. No, ale na mnie już pora, bo ucieknie mi ostatni autobus.
To powiedziawszy wstała, wycałowała nas - osłupiałych - po kolei, zebrała swoje prezenty i wyszła. A my jeszcze długo siedzieliśmy przy stole w milczeniu. 
Bo szalona babcia potrafi zmrozić.

piątek, 5 lutego 2010

21 kwietnia - czwartek

Dziś są urodziny babci. Sześćdziesiąte piąte. Babcia twierdzi, że to okrągła sumka, ale ja nie mogę dopatrzyć się tu żadnych krągłości. Babcia zamiast zorganizować przyjęcie u siebie, przyjechała do nas. Mówi, że ze względów ekonomicznych, bo inaczej to my musielibyśmy do niej przyjechać, a to oznacza nadwerężenie naszego budżetu (pięć biletów), czasu i niepotrzebne zamieszanie. A ja myślę, że to nie ekonomia, tylko wygoda, bo przyjęcie było u nas, a babcia świetnie udawała, że nie wie, gdzie co leży i w końcu mama zajmowała się wszystkim sama. 
Podziwiam naszą babcię! Jest przemyślanie przewrotna.
Na uroczysty obiad z ogromnym tortem zaproszeni zostali również moi przyjaciele. Cała trójka przyszła odświętnie ubrana i każdy coś przyniósł dla babci. Adaś namalował coś pięknego, wspaniałego, niepowtarzalnego, robiącego wrażenie i niezrozumiałego nawet dla samego twórcy. Babcia otworzyła usta ze zdziwienia, widać było, że próbuje pojąć, zrozumieć, w końcu zdołała wykrztusić:
- Piękna ramka. Naprawdę.
Po czym zamknęła usta i wróciła do rzeczywistości. Adaś był zachwycony! Dla niego nie są ważne słowa, a efekt, jaki jego arcydzieła wywołują. Babcia dziś sobie zaskarbiła jego dozgonną miłość. Adaś to wielki artysta.
Sławek zrobiła dla babci procę. Sama ją wyrzeźbiła wplatając obok motywów czaszek i piorunów babski motyw kwiatka. Dołączyła do tego karteczkę z napisem: ”Dla najukochańszej Babci Kajtka”.
- To na gołębie. Mówiła pani, że doprowadzają panią do szaleństwa - powiedziała dumna z siebie Sławek. - Jest prosta w obsłudze. Powinna sobie pani poradzić.
Babcia zdołała tylko wykrztusić:
- Piękne brzozowe drewno…
 Myślę, że to z zachwytu.
Anka natomiast przyniosła pięknie zapakowaną paczuszkę, po rozpakowaniu której ukazała się książka. Jakże by inaczej! Babcia chwilę patrzyła na nią w milczeniu albo raczej w osłupieniu. Nic dziwnego - książka nosiła tytuł: „Starość - koniec czy początek?”.
- To bardzo ciekawa lektura - powiedziała Anka. - Połknęłam ją w jedną noc. Wiem, że starość to okropny, postępujący i nieodwracalny stan, ale mam nadzieję, że uda się pani zmienić zdanie po jej przeczytaniu. Mnie się udało. Ale ja to co innego - przede mną całe życie. A pani… No nic, trzymam za panią kciuki - poklepała babcię po ramieniu. - Proszę być dobrej myśli.
- Zapraszam do stołu!
Kochana mama. Zawsze wie, kiedy wkroczyć do akcji.
Od moich rodziców babcia dostała ekspres do kawy i filiżanki, ode mnie śliczny zeszyt na nowe udomowione przepisy, który kupiłem za pieniądze, za które przez dwa ostatnie tygodnie powinienem sobie kupować pączki w szkolnym sklepiku (czego się nie robi dla babci?!), od Ediego korale z masy solnej, a od Kasi najpiękniejsze uśmiechy przez całe popołudnie. Babcia była szczęśliwa.
To było naprawdę udane przyjęcie. Mama przeszła samą siebie i Edi ani razu nie miał okazji się skrzywić. Tata zaskoczył wszystkich zakładając czerwony sweterek. My - dzieciaki - bawiliśmy się wyśmienicie, a dbając o spokój naszych dusz, w chwilach, gdy Anka otwierała usta z zamiarem mówienia, częstowaliśmy ją czym prędzej coraz to nowymi smakołykami.

czwartek, 4 lutego 2010

Anka to taka przyjaciółka z obowiązku. Bo to siostra Adasia i wiecznie się koło nas kręci. Ma trzynaście lat, więc jest od nas sporo starsza, ale łazi za nami, bo nie ma przyjaciół. Nic dziwnego, bo uwielbia książki, czyta ich całe masy i uważa to za powód do przechwałek. Wymądrza się ogromnie! Staramy się jej unikać, ale wierzcie mi - to wcale nie jest proste. Ona też ćwiczy naszą cierpliwość, choć trochę inaczej.
Z Adamem i Sławkiem spędzam całe dnie. Adaś mieszka najdalej od szkoły, więc wychodzi najwcześniej, po drodze wstępuje po Sławka i chwilę potem już stoją przed moją furtką. Dalej idziemy razem. Po szkole to samo. No, może nie do końca, bo odwrotnie. Później chłopaki zjadają obiad u siebie i biegną na drugi obiad do mnie. Po dwóch obiadach mamy mnóstwo siły na zabawę, a musimy bawić się intensywnie, by tym sposobem zrobić sobie miejsce na podwieczorek. Mama dostaję mnóstwo przepisów do wypróbowania. Cieszę się, że mama ich nie udomawia, dzięki czemu wyglądamy tak, jak wyglądamy, czyli mizernie, nie będąc przy tym głodnymi. 
Po podwieczorku szara rzeczywistość, czyli odrabianie lekcji, bycie autorytetem dla Ediego, zabawy z Kasią. Wydawać by się mogło, że nasze dni są takie same, ale nic bardziej mylnego.
Wiecie co? Lubię swoje życie!

środa, 3 lutego 2010

Drugim moim przyjacielem jest Beti. Jestem w takim wieku, że nie przyjaźnię się z dziewczynami, ale Beti to nie jest zwykła dziewczyna. Ona jest Zadeklarowaną Chłopiarą, jak mówi plakietka, z którą się nie rozstaje. Męska plakietka. Wszystko, co nie jest z męskością związane, nosi przydomek babskiego. Wszystko, co babskie jest Beti obce. Jej imię też, więc Beti każe nam mówić do siebie Sławek. A wszystko ku zgrozie jej rodziców.
Sławek jest fajna. Nie plotkuje, nie mazgai się, a jej metody położenia przeciwnika są wysoko oceniane przez wszystkich chłopaków, którzy czują przed nią respekt i chyba nawet jej trochę unikają. Jej pasją są proce. Zna wszystkie ich modele, sposoby działania, zasięg i efekty użycia. Swoją zawadiacką karierę zaczynała od wrzucania tych, którzy z nią zadzierali, w pokrzywy, a teraz nie cofa się przed żadnym ciosem. Czujemy się z nią bezpieczni.
To tak pokrótce, bo pewnie nie raz jeszcze o niej usłyszycie.

20 kwietnia - środa

Mam trójkę przyjaciół. Adaś jest w moim wieku i chodzimy razem do tej samej klasy. To ten, który nie lubi historii. Nie lubi też przyrody, matematyki i techniki. Lubi właściwie tylko język polski, bo uczy nas nasza pani, godzinę wychowawczą - też nasza pani i plastykę, bo - jak mówi - może dać upust swoim szkolnym depresjom zamieniając je w sztukę. Na szczęście nikt tej jego sztuki nie rozumie, a największe szczęście, że nie rozumieją jej nauczyciele i rodzice, bo kazali by mu chodzić do psychologa i miałby dla nas mniej czasu.
Z Adasiem jesteśmy nierozłączni, znamy się jak łyse konie i ze sobą możemy konie kraść - czy jak to się tam mówi. On jeden zna moją kulinarną umowę z Edim i oprócz tego, że ją popiera, to chętnie z niej korzysta, bo jest częstym gościem w naszym domu. Mama nazywa go Wielkim Krytykiem Kulinarnym. Niestety mama nie wie, że gdy Edi po pierwszym kęsie się skrzywi, to Adam nie wychodzi tak nagle, bo sobie coś nagle przypomniał, tylko jest na tyle kulturalny, by nie być szczerym.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ważną osobą w naszym domu jest babcia. Co prawda nie mieszka z nami, ale jest wiecznie obecna. Czy tego chcemy, czy nie. Ale to zdanie rodziców. Ja cieszę się, że babcia jest tak blisko, nawet jeśli tylko po drugiej stronie słuchawki. Mieszka 40 kilometrów od naszego miasteczka w trzypokojowym mieszkaniu na dziesiątym piętrze. Mieszka tam od chwili wyjścia za mąż i jeszcze nigdy nie była na swoim balkonie. Mówi, że nie widzi niczego ciekawego w tych dwóch metrach kwadratowych, ani w panoramie miasta rozciągającej się na dole. Nudy - twierdzi. Ale ja podejrzewam, że ma po prostu lęk wysokości. Nie dowiem się, czy mam rację, bo jest na tyle dumna, by się do słabostek nie przyznawać.
Babcia w młodości była tancerką. Ma kilka ogromnych pożółkłych albumów ze zdjęciami i kiedy do niej przyjeżdżamy, lubimy siadać wokół babci i słuchać jej opowieści. Wraz ze swoim zespołem zwiedziła prawie cały świat! Myślę, że powinna się poważnie zastanowić nad napisaniem swojej autobiografii. Spróbuję ją przekonać. Jeśli ja jej nie przekonam, to na pewno wizja sławy. Mnie przekonała.
Wracając do zdjęć, trudno uwierzyć, że ta piękna kobieta w długich sukniach, krótkich sukienkach, spodniach, spodenkach, czy wręcz w czymś jakby kostiumie kąpielowym ,to nasza babcia. Nie chodzi o to, że teraz jest brzydka. Nie, nadal jest piękna (to przecież moja babcia!), ale raczej nie mogłaby pracować jako tancerka. Cóż, babcia po prostu uwielbia jeść. Na kategoryczną prośbę babci mama przesyła jej swoje przepisy, a babcia je udomawia. Mówi, że są zbyt dietetyczne, przez co niezdrowe, bo niezgodne z mięsożernym pochodzeniem człowieka i potrzebą otulania się odpowiednią ilością i jakością tkanki tłuszczowej. Zwłaszcza zimą.
Tak więc mama raz w tygodniu posyła jej plik przepisów, które po udomowieniu oraz dokładnej i skrupulatnej ocenie ich walorów wpisywane są do wielkiego zeszytu. W ostatnie Święta Wielkanocne babcia obwieściła nam, że ma zamiar wydać własną książkę kucharską, na co mama bardzo się oburzyła mówiąc, że to plagiat. Nie wiem, co znaczy to słowo, ale od razu mi się spodobało, bo jest takie jednocześnie gumowe i śliskie. Głęboko zapadło mi w pamięci. Babcia obruszyła się, że żaden plagiat, bo to są jej przepisy. Na to mama, że jak to babci, skoro to ona jej je przesyła. Babcia ucięła rozmowę mówiąc, że gdyby mama jadła potrawy przygotowane z jej udomowionych przepisów, nie wyglądałaby tak, jak wygląda, czyli mizernie, tylko tak zdrowo, jak babcia. Chyba to mamę przekonało. Albo nie. Jednak temat został zamknięty.
Siostrzyczka ma na imię Kasia (szczęściara!), ale chyba już o tym wspominałem. Niewiele można o niej powiedzieć, bo ma dopiero półtora roku i w związku z tym niewielkie osiągnięcia, oprócz kilku mlecznych zębów, kilku - w większości jej tylko zrozumiałych - słów i wiecznego uśmiechu. Ale ten uśmiech zasługuje na wzmiankę - to najpiękniejszy uśmiech na świecie! Nie znam drugiej osoby, która potrafiłaby się śmiać całą sobą. Kocham ją bardzo, lubię się nią zajmować i staram się w miarę możliwości być jak najbliżej niej, by nie przegapić momentu, gdy postanowi sobie obrać życiowy autorytet.

sobota, 30 stycznia 2010

Mam młodsze rodzeństwo: brata i siostrę. Mój brat ma na imię Edi i z tego powodu powinien być bardziej nieszczęśliwy ode mnie, ale na razie nie zdaje sobie z tego sprawy, bo ma dopiero 6 lat. Edi to zdrobnienie od Edwarda. Ale to jeszcze nie wszystko. Edward to jego drugie imię. Na pierwsze ma Zygmunt. Kiedy rodzice zdali sobie sprawę z powagi swojej - swoją drogą raczej nieprzemyślanej - decyzji i kiedy już niestety było za późno na zmiany, nie chcąc kilkutygodniowego brzdąca nazywać Zygmuntem, postanowili wymyślić zdrobnienie. Zygmuś brzmiał nadal niedorzecznie. Tata podsunął Zigi, na co mama powiedziała, że już lepiej Edi od Edwarda. I tak zostało.
Na początku buntowała się babcia. Uznała, że Edi to imię dla lidera grupy havy metalowej, a nie dla jej wnuka. Jednakże przyjeżdża do nas bardzo rzadko i któregoś dnia dotarło do niej, że Edi nie reaguje na jej „Zygmuncie” i w końcu dała sobie spokój.
Edi jest kochanym bratem. Nie zawsze taki był, ale już mu to wybaczyłem, od kiedy poszedł do szkoły, a ja stałem się jego autorytetem. Wspólnie odrabiamy jego lekcje, podczas których wpatruje się we mnie tymi swoimi cielęcymi oczkami z ogromnym szacunkiem. A w tajemnicy powiem Wam, że mamy taką cichą umowę: ja czasem odrabiam za niego rachunki, a Edi zawsze pierwszy próbuje dania przygotowane przez mamę. Wierzcie mi - nie wszystko smakuje tak, jak wygląda.

czwartek, 28 stycznia 2010

Moja mama też prowadzi podwójne życie. Na co dzień uprawia kurzą profesję - jak mawia mój tata, czyli zajmuje się domem i nami. Poza tym pracuje w naszej lokalnej gazecie, w której ma swój kącik kulinarny. Pracuje w domu i wszystkim wychodzi to na dobre: mama jest zadowolona, bo robi to, co lubi, a do tego jej za to płacą, a my mamy codziennie coś nowego do spróbowania i zazwyczaj są to pyszności. Zazwyczaj.
Mama dostaje przepisy od czytelników pocztą i dzięki temu należy do tych szczęśliwców, którzy dostają listy niemal codziennie. Dzięki temu tata zjada drugie śniadanie.
Mama czyta te listy siedząc w słonecznej kuchni nad filiżanką parującej kawy. To taki rytuał i choć jeszcze lat mam niewiele, wiem, że ten obrazek będzie mi towarzyszył do końca moich dni.

Brr… Zabrzmiało okropnie. Dziwnie, bo w książce, z której to ściągnąłem wydawało się naturalne. Muszę się kiedyś nad tym zastanowić.
Gdy już mama ma jasny plan kulinarnego dnia, ubiera Kasię - moją małą siostrę, sadza w wózeczku i jedzie po zakupy. Potem czyści, kroi, ściera, dusi, smaży, paruje, doprawia i w końcu wszystko ląduje na pięknie nakrytym stole. Zanim jednak przyjdzie nam poczuć smak tego, czego zapach drażni nasze kubki smakowe, mama musi zrobić mnóstwo zdjęć  - z różnych stron, przy różnym oświetleniu, z dostawioną filiżanką, albo może lepiej bez, a może lepiej będzie z flakonikiem konwalii, itd. Dzięki pracy mojej mamy jesteśmy najbardziej cierpliwą rodziną w okolicy, co świetnie sprawdza się w popołudniowych wędrówkach taty. Szkoda, że nasza lokalna gazeta nie jest w pełni poświęcona kulinariom, bo wtedy mama by sobie nie poradziła i trzeba by było podzielić obowiązki pomiędzy innych mieszkańców. Mieliby wtedy okazję nauczyć się cierpliwości, którą mogliby stosować popołudniami, gdy tata zapuka do ich drzwi.

środa, 27 stycznia 2010

19 kwietnia–wtorek

O mnie już troszkę wiecie. Nie za dużo, ale postanowiłem być troszkę tajemniczy. Tymczasem przedstawię Wam moją rodzinę.

Tata jest ważną osobistością w naszym miasteczku. A dokładniej mówiąc: dwiema ważnymi osobistościami. Czasem mawia, że zmienia się, jak kameleon, ale nie sądzę, by miał coś wspólnego z kameleonem. One zmieniają kolory, a tata chodzi cały dzień ubrany na niebiesko. Do południa jest listonoszem i chodzi w pocztowym niebieskim uniformie, potem przebiera się w niebieski garnitur i nazywa agentem ubezpieczeniowym.
Wszyscy lubią mojego tatę. Wszyscy z wyjątkiem psów, które miłością do niego pałają dopiero popołudniami i to podobno da się wyjaśnić naukowo. Ale kto nie lubi listonosza?! Tata roznosi najpiękniejsze, najbardziej kolorowe pocztówki imieninowe i urodzinowe, zaproszenia na śluby i inne uroczystości, pozdrowienia z wakacji, listy gratulacyjne i takie ciepłe od rodziny, przyjaciół. I te miłosne. Tata lubi poranki, bo jak mówi: wszyscy na niego czekają, a on im przynosi radość. A tym, którym nic nie przynosi, daje nadzieję, że zrobi to wkrótce.
Inaczej wyglądają popołudnia. Nikt na tatę nie czeka, a czasami ma się wrażenie, że całe miasteczko nagle wyjechało. Wszystkie drzwi są zamknięte, a za nimi cisza. Z podsłuchanych opowieści w sklepie, u fryzjera lub przy mijaniu naszych sąsiadów dowiedziałem się, że po południu tata staje się natarczywy. To niepokojące. Ale to może o to chodzi tacie, gdy mówi o podobieństwie do kameleona? Nie sądzę, że jest aż tak źle. Tata jest dobrym człowiekiem i proponując ludziom ubezpieczenia, działa na ich korzyść. Nasi sąsiedzi są zabezpieczeni przed pożarem, powodzią, trzęsieniem ziemi, kradzieżą, chorobą, pogryzieniem, na rzecz ślubu, rozwodu, studiów, bezrobocia i innych rzeczy, o których tata za nich myśli. Ludzie narzekają- nie ma cudów. Może byłoby inaczej, gdyby tata choć raz spróbował swoich sił poza naszym miasteczkiem, ale brakuje mu na to czasu. Bo mój tata jest bardzo rodzinny.

wtorek, 26 stycznia 2010

I tak właśnie zaczyna się moja praca domowa, którą kiedyś zobaczycie we wszystkich księgarniach w kraju, a przetłumaczoną na wiele języków obcych znajdziecie podczas waszych wymarzonych wakacji. I wtedy będziecie musieli wystać swoje w kolejce, albo nawet w kilku kolejkach, bo w ostatniej chwili może się okazać, że Waszej wyśnionej książki nagle zabrakło. I oczywiście to nie powinno Was zdziwić – taki Poczytny Autor, taki Znany Człowiek!

poniedziałek, 25 stycznia 2010

18 kwietnia-poniedziałek

Poniedziałkowy poranek. Do klasy weszła pani Litera. Pani Litera to nasza wychowawczyni. Uczy nas języka polskiego. Naprawdę nazywa się Katarzyna Malinowska, ale dla nas jest panią Literą i chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego. W klasie od razu zaległa cisza. Nie żebyśmy byli tacy nad podziw grzeczni, my po prostu bardzo lubimy naszą panią.
-Dzień dobry, kochani. Wypoczęliście przez sobotę i niedzielę?
-Tak, prze pani-rozległo się hucznie i radośnie. Jednak bardziej wnikliwy obserwator zauważyłby, że na każdej buźce maluje się marzenie o długich i niekończących się sobotach i niedzielach.
-Cieszę się. Dziś mam dla Was ciekawy temat i równie ciekawą pracę domową.
Ładnie zaczyna się tydzień - pomyślałem sobie. Zapowiedź ciekawej pracy domowej to już samo w sobie nie jest radosne, a fakt, że to pomysł naszej pani, budzi niemałą grozę. Jej prace domowe są naprawdę ciekawe, ale zawsze musimy włożyć w nie dużo wysiłku, czasu i pomysłowości, które chętnie wykorzystalibyśmy w innym celu. Słowa „ciekawa praca domowa” zdecydowanie nie powinny padać w poniedziałek. Trzeba koniecznie poruszyć ten temat na najbliższym zebraniu rady uczniowskiej.
-Dziś porozmawiamy o rodzajach książek - ciągnęła pani. - Jakie znacie typy prozy z uwzględnieniem zawartej treści?
Zapadła cisza. Przyznam się Wam w imieniu całej klasy: nie jesteśmy zbyt rozgarniętą grupą i niektóre pytania wprawiają nas w zakłopotanie. Takie sytuacje zazwyczaj wywołują, oprócz zrozumiałego niepokoju, szelest postaci rozglądających się wokół w poszukiwaniu braterstwa niezrozumienia. I zazwyczaj każdy na takie braterstwo może liczyć.
-No dobrze - pani znów straciła iskierkę nadziei na naszą błyskotliwość. Ale próbowała i za to ją też lubimy. - Czy wiecie, co to jest kryminał?
Najpierw niepewnie, po chwili coraz bardziej huczniej, zaczął rosnąć las rąk. Proszę: wystarczyło inaczej wypowiedziane pytanie!
-Krzysiu?
-Ktoś kogoś zabija, detektyw śledzi i wpada na pomysł, a na koniec na mordercę - Krzyś jest bardzo zadowolony ze swojej wiedzy.
-Na definicję to się nie nadaje, ale mniej więcej tak to wygląda. A romans? Olu?
-To o miłości, proszę pani.
-Tak. A książka historyczna?
-Nie jest zbyt lubiana - wyrwało się Adasiowi.
-Nie lubiana? Dlaczego? - zapytała pani.
-A które dziecko lubi historię? Dorośli też nie lubią książek historycznych, bo budzą złe wspomnienia ze szkoły.
-Mylisz się, Adasiu -westchnęła pani. Wielu ludzi lubi historię i przepada za czytaniem powieści historycznych. Powieść historyczna zawiera sporą dawkę fikcji, ale tłem jest historia. Jest osadzona w czasach, o których możemy przeczytać w podręcznikach do historii.
-Nuda - jęknął Adaś, ale pani udała, że nie słyszy.
-Książki science fiction, kto wie?
-Ja - rękę podniósł Maciek. - To o kosmitach, cyborgach, mutantach, zombi… Nie, zombi są tam gdzie duchy, wampiry, szkielety, trupy, wysysanie krwi, zjadanie wątroby, odgryzanie palców…
-Wystarczy Maćku! - pani nie udało się ukryć dreszczy.
Swoją drogą myślałem, że Maciek jest wielbicielem komiksów, a tu proszę - taka znajomość literatury!
-A co wiecie o biografii? - ciągnęła dalej pani.
Prawda okazała się taka: nie wiedzieliśmy zbyt wiele. Właściwie nic. Nastąpiła cisza z gatunku „wymowna”. Przerwała ją pani:
-Biografia to opis życia konkretnego człowieka, który żył naprawdę lub żyje nadal, jego przeżyć, dziejów losu. Jest to zazwyczaj osoba znana: aktor, polityk, pisarz, ktoś, kto w jakiś sposób wpłynął na losy lub poglądy ludzi. Jak myślicie, dlaczego tak wiele ludzi lubi czytać biografię?
-Lubimy plotki - stwierdziła Karolina.
-To rzadko są plotki - powiedziała pani. - A żeby ich unikać, powstał inny rodzaj biografii, zwany autobiografią. Jak myślicie, co to znaczy?
-To są plotki opisywane podczas jazdy samochodem lub autobusem - powiedziałem. - To bardzo wygodne zważywszy, ile czasu zajmuje nam na przykład dojazd do pracy. To świetny sposób na niemarnotrawienie czasu.
Olśniłem wszystkich!
Ale nie panią. Pani miała swoją własną definicję autobiografii, która niewiele miała wspólnego z nazwą.
-Autobiografia to opis własnego życia.
-To bardzo mądre - zauważyła Karolina - nie pozwolić innym o sobie plotkować.
-W pewnym sensie - odparła pani. - Autobiografia często powstaje na bazie dzienników, które dana osoba pisze przez jakąś część swojego życia. To taka jakby ściągawka, która bardzo pomaga, bo niestety pamięć bywa zawodna.
Pani przerwała. Wyglądała tak, jak zawsze wygląda pod koniec lekcji z nami - zmęczona. Pani Litera jest w tym tak mało zaskakująca i systematyczna, że nie musimy patrzeć na zegarek, by wiedzieć, że zbliża się przerwa.
-A teraz praca domowa. Jest trochę nietypowa.
A to nowość!
-Chcę, żebyście założyli sobie, że w przyszłości napiszecie własną autobiografię. By się do tego przygotować, już dziś zaczniecie pisać dziennik. Dzień po dniu przez dwa miesiące. Jest to sprawa bardzo osobista, więc nie będę sprawdzać tej pracy.
-Mamy przez dwa miesiące odrabiać jedną pracę domową i nie dostać za to nawet trójki?! - Maciek był zaskoczony.
-Dokładnie tak. Po dwóch miesiącach każdy z was przeczyta sobie swój dziennik i powie mi, jaką ocenę mam wstawić.
-I pani nam uwierzy? Tak na słowo? A co, jak po tym czasie zechcę piątkę, a tak naprawdę nawet nie kupię zeszytu na ten dziennik? - Maciek należy do tych dociekliwych.
-A zrobisz tak? - zapytała pani.
-No… nie. Nie mógłbym… - Maćka nie jest łatwo zawstydzić, ale pani się to udało.
-Więc życzę powodzenia. Do zobaczenia jutro. - Uśmiechnęła się do nas lub na radosną myśl, że koniec lekcji wreszcie nadszedł i wyszła z klasy. Czasem mam wrażenie, że z dzwonków na przerwy pani cieszy się bardziej od nas.

sobota, 23 stycznia 2010

Witam

Mam na imię Kajtek. A dokładniej Kajetan. Jednak to imię zarezerwowałem sobie na dorosłe lata. Wąsów nie lubię, ale zastanawiam się nad małą bródką, a Kajtek z bródką poważnie nie brzmi. Bo ja pewnie kiedyś poważny będę. I będę nosić okulary.
Trudno powiedzieć, co kierowało moimi rodzicami, gdy wybierali dla mnie imię. Po wielu próbach poznania tej tajemnicy przestałem ich o to pytać, gdy okazało się, że każda odpowiedź będzie zaczynała się od: "gdy byłem małym chłopcem...". Nie lubię opowiadań taty w stylu: "gdy byłem w twoim wieku", bo zawsze po nich okazuje się, że coś zrobiłem nie tak.
Przeżyłem już 10 lat. Mieszkam w Zaścianku. Jestem normalnym niebawem-nastolatkiem. Gdybyście jednak przyjechali do Zaścianka, moglibyście usłyszeć coś zupełnie innego jeśli chodzi o moją normalność. Cóż, nie mam jednoznacznej opinii. To kolejna rzecz, której motywów nie znam i których również poznać nie zamierzam.
Jestem uczniem czwartej klasy. Czy lubię szkołę? Do szału doprowadza mnie to pytanie. Powiem szczerze: wolałbym, żebyście mnie o to nie pytali. Dlaczego? Bo powiem coś, co może mi na długo zepsuć opinię u nauczycieli, czego bardzo bym nie chciał. Bo ja, moi drodzy, bardzo dbam o swoją opinię. Zdecydowanie bardziej wolę pytanie: co lubię w szkole. Moja odpowiedź: szkoła to dobry sposób na nudę-ot co! Tam zawsze coś się dzieje.
I to właśnie szkoła zachęciła mnie do pisania tego dziennika. A dokładniej moja wychowawczyni. To nie jest jakiś tam zwykły dziennik, tylko zbiór materiałów, na podstawie których w przyszłości powstanie moja autobiografia. Bardzo poczytna-muszę dodać.
Jak to się zaczęło?